powstał dawno, dawno temu, gdy jeszcze nie można było wysyłać smsów z telefonów pre-paid, internet dopiero raczkował, ale melanże i balety tak samo jak dziś przeplatały się ze łzami i radością. blog jest kontynuacją tego dzieła, które na pewno kiedyś przyjmie formę książki :
od kiedy przestałam żyć szczęściem i powietrzem, kalorie przyjmuję głównie w postaci alkoholu i papierosów. ewentualnie czekolady. bo kawa podobno nie posiada kalorii. od poniedziałku wdrażam się w produktywne życie. niestety. rachunki, paragony, faktury. premie, bilansy, inwentaryzacje. od tego uciekłam do Białegostoku, i to mnie wreszcie dojebało. dopadło w moim rodzinnym mieście. szczęście znalazłam i je zgubiłam, trudno.
w sumie to zaczęłam się zastanawiać, czy narzekanie nie stało się ostatnio moim stylem życia. zdradziło mnie projektowanie, zgubiła cisza. ta dziwka, którą nazywają sztuką.
uwielbiam te japońskie rysuneczki. przeczytałam ost komiks, nie dość, że in english, to jeszcze do czytania od tyłu książki, momentami miałam ostry zamot,ale grafiki boskie!
Kolejny rok, niech się w chuj skończy jak najszybciej. Położę się o dziesiątej i spróbuję zasnąć. Bo takiej chujówki to chyba jeszcze nie było. Przewrotne życie, za każdym razem wydaje mi się że ten raz jest najgorszy. A potem przychodzą inne. Jeszcze gorsze. Fakt, tak chujowo jak teraz to jeszcze nie było. Nie wyobrażam sobie co może się jeszcze pogorszyć. Wprawdzie już niewiele okazji do zawodu mi pozostało. Nic tylko dać lotę w swoją własną wyobraźnię.
Z okazji nowego roku nie życzę nikomu niczego. I tak się spieprzy, nawet bez moich życzeń. Szkoda gadać.
Jeżeli czas jest tą magią, tą której nam brakuje na codzień, to nie chcę jej liczyć w latach. Wolę wspominać to, co było wczoraj. A raczej, chcę, aby to co wspominam w latach było wczoraj. Przed chwilą. I chcę odnaleźć spokój w świadomości, że to nie ma końca. Tego sobie życzę na Nowy Rok.
Niniejszym pragnę zaapelować do Narodu. Do polityków. Unia Europejska powinna wydać dyrektywę na określenie tego, co nazywamy "szamponem". Mamy już stosowne przepisy o tym co jest kiełbasą, a kiełbasą nie jest. Czym jest czekolada, a czym wyrób czekoladopodobny. Mamy nawet dyrektywę o transporcie cukierków karmelkowych. A dlaczego, do stu chujów, nie ma żadnych przepisów o kosmetykach? I te kurwy producenty mogą lać do butelek po szamponie przeterminowany płyn do naczyń! Poszła do sklepu. Sprawa była pilna, cel jany prosty: zdobyć szampon jak naqjszybciej. I wymyć sok ze włosów. Poszła, kupiła, choć wybór niewielki. Chyba statystyczny klient tego sklepu włosów nie posiada, więc nie robi mu zbyt wielkiej różnicy, czym je myje. Na butelce było po polsku napisane szampon do włosów, żeby nie było, że nie doczytała. Nie była to naklejka na naklejce, żeby nie było, że przeklejono. Pachniał nie najgorzej. Do wytworzenia piany na włosach zużyłam około pół butelki pojemności 250 ml. Do spłukania szajsu, tak ze cztery wanny wody. W miejscach, gdzie trochę polało się na wannę, porobiły się przebarwienia. Jak mi włosy powypadają, to pozwę te dziwki kaszaniarskie. Szajse. Obawiałabym się tym gównem umyć kota, jakiekolwiek żywe zwierzę. Nie wiem czy użyłabym tego do prania dywanu. Nawet nie dałabym zezowatej patrycji w prezencie. Strach nawet wylać do kanalizacji, strach trzymać w domu, żeby nie być posądzonym o składowanie toksycznych odpadów. Źle się dzieje w państwie duńskim. ENTER.
Dom to ludzie. W zepsutym domu najpierw psuje się człowiek. Nienaprawiany i niepielęgnowany niedosyt zainteresowania skutkuje tym, że zepsuty człowiek psuje rzeczy. Zepsute rzeczy zagracają dom i zobojętniają jeszcze bardziej zepsutego człowieka. Niektórzy naprawiają swoje domy, potocznie nazywamy to remontem. Inni jedynie przykrywają to co zepsute, to nic że my wiemy, jak ktoś nie wie to nie zauważy. Na poplamiony dywan stawiamy fotel, a rozdartą kanapę przykrywamy narzutą. Plamę na scianie przystawiamy szafą. Z czasem tej maskarady jest zbyt dużo i nawet nie widzimy kiedy dom zaczyna się rozpadać. Jest zepsuty. Ma zepsute meble, przepalone żarówki, połamane klamki. W narożach odpadają tynki, drzwi skrzypią, okno się nie domyka. Pani domu ma od miesiąca nie ogolone nogi, a pan domu żałobę za paznokciami. Razem z kwiatami więdną międzyludzkie relacje. Potykając się codziennie o przewrócone dwa lata wczesniej krzesło człowiek popada w emocjonalne kalectwo. Już ci, którzy pokusili się aby stworzyć simsy, pomyślane jako symulator rzeczywistości, wbudowali im moduł nielubienia zepsutych rzeczy. Jak im się kibel zapchał, albo zdupcył ekspres do kawy, należało wezwać odpowiedniego znachora zwanego potocznie złotą rączką. Są w życiu złote rączki od naprawiania ludzi, a owszem. W zaciszu swoich usilnie przyjemnych gabinetów starają się prostować zwihrowane ludzkie psyhiki. Ludzie mają taką dziwną własciwość do nakłaniania innych ludzi do zrobienia tego, co w gruncie rzeczy sami powinni zrobić. Jedni grożą, inni płaczą. Albo płacą. Zaniedbując, sami psujemy swoje domy. Tylko po to, żeby kto inny musiał je za nas naprawiać. Mówi się, że 10% ludzi jest na diecie, a pozostałe dziewięćdziesiąt głoduje. 90 procent psuje, a dziesięć naprawia domy.
a to mnie natchnęło do rozmyślań, które jak zwykle paszły sobie swoim własnym torem. to plakat p.Jana Bajtlika, na konkurs Galerii Plakatu AMS. skradzione ze strony STGU.PL
jestem pierdolonym, niereformowalnym i chamskim mięsożercą. nie przemawiają do mnie filozoficzne brednie o nie jedzeniu mięsa. nie przemawia do mnie nawet argument wagowo- babski, że tłuszcz roślinny jest słabiej przyswajalny niż zwierzęcy i zmiana diety skutkuje zwykle kilkukilogramowym spadkiem wagi. żarcie mięsa jest całkowicie naturalne, tak jak seks, picie kawy i palenie papierosów. robił to już człowiek pierwotny, robili starożytni indianie, wikingowie, sarmaci, robię i ja. i robić będę. i kuniec.
super ekspres do kawy, wszystkomający i wszystkorobiący. latte idealnie równe, nie wiem czy w całej mojej karierze baristy takie zrobiłam. spieni mleko nawet 0,5 % i nawet nie zimne. czyści się regularnie i samodzielnie. trzeba mu sypać specjalne ziarenka do młynka bo jest ustawiona kalibracja kawowych pestek. ekstremalnie drogi przez to w utrzymaniu. generalnie ma chyba większe IQ niż ja. chyba się go boję.
super komputer. szybki, szybki i jeszcze raz szybki. zawsze pięć razy się pyta czy na pewno. zawsze uważałam komputer za ulepszoną opcję mężczyzny, ale chyba zmieniam zdanie. seks z tym ustrojstwem wyglądałby mniej więcej tak: love software, czy chcesz zainstalować sex? ok. na pewno? ok. instaluj? ok. na pewno? ok? uruchom? tak. jeżeli jesteś zarejestrownym użytkownikiem zaloguj się, jeżeli nie załóż darmowe konto. podaj hasło. ****** ok. hasło nie prawidłowe. upewnij się czy nie jest właczony klawisz caps lock. ****** ok. uwaga, alert o zbyt niskim poziomie zabezpieczeń. system sugeruje założyć prezerwatywę. wystąpił błąd. aby uzyskać pomoc wciśnij F1. a pierdolę, pooglądam telewizję.
Odrabiamy lekcje z religii. Trzeba znowu skatować temat Jezuska. Na krzyżu. Wyprodukowałam dizajnerski krucyfiks, więc jeszcze trzeba narysować głównego bohatera tego dramatu. Szukamy w guglu: "Jezus na krzyżu". -mamo, a mogę to narysować?
A może by tak wprowadzić nowy przepis? Wszakże rząd nie ma nic lepszego do roboty, niż siedzenie i wymyślanie. Nowy wynalazek kodeksu cywilnego. Małżeństwo terminowe. Forma kontraktu zawieranego pomiędzy partnerami "aby było zgodne, szczęśliwe i trwałe" bla, bla, z dokładnym określeniem zakresu i czasu wzajemnych zobowiązań. Po upływie czasu, określonego przez strony, umowa może zostać przedłużona, lub nie. w szczególnych przypadkach ulega ona automatycznemu przedłużeniu, jeżeli nie zostanie odpowiednio wcześniej wypowiedziana. Umowę małżeńską na czas określony, można w sposób ciągły zawrzeć jedynie trzykrotnie, później automatycznie przekształcana jest w umowę na czas nieokreślony. strony umowy zobowiązane są do określenia wzajemnych obowiązków i oczekiwań. każdorazowa zmiana wymaga formy pisemnej. W przypadku zmiany warunków umowy w czasie jej trwania, strony mają możliwość jej wypowiedzenia. Zmiana operatora podczas trwania umowy jest możliwa tylko w przypadku pokrycia szkód powstałych w wyniku niedotrzymania zobowiązań i musi odbywać się w porozumieniu i za zgodą obydwu stron umowy. Zrywający umowę zobligowany jest do zwrotu przedmiotów, włączonych do kontraktu na warunkach promocyjnych, tj. "pierścionek zaręczynowy gratis" czy "samochód z opcją serwisowania". W sytuacjach nieuregulowanych niniejszą umową, zastosowanie mają właściwe przepisy kodeksu cywilnego oraz rodzinnego.
wkurwiona sama na siebie jestem, albowiem na zakupach włączyła mi się złotówa. kurwa. sprawdza się stare powiedzenie, że niezamożnych nie stać na tanie rzeczy. i tak piję herbatę nie nadającą się do picia, mam zapas kawy, która smakuje jak przepalona przy parzeniu /i to w dodatku spory zapas, bo oczywiście dusza złotówy przekazuje do mózgu jedynie słowo TAŃSZE, nigdy LEPSZE/. palę niedobre papierosy, połowę jabłek wyrzucam. kurwa. strzeż mnie, Panie przed złotówą. już tyle razy na własnej skórze się przekonałam, że są rzeczy na których nie wolno oszczędzać. tak jak chujowa przyprawa potrafi zjebać nawet najlepiej odpicowany obiad. ale gdzieś mi tkwi w duszy kawałek zgreda. walczę z nim zaciekle. bardziej zaciekle niż z własnym chamstwem, wulgaryzmem i niezdrowymi nawykami. chroń mnie więc o losie słodki przed złotówą i tandetą. ENTER.
Nie ma tego w blokach. Nie ma tego w tych klaustrofobicznie grodzonych płotami, zamkniętych osiedlach. Nie ma tego w ciepłe letnie miesiące. To ten unikalny klimat zimy i starych dzielnic. No chyba, że na wsi. Zimą całe ulice zasnuwa zapach palonego węgla. Tylko tam, gdzie nie ma centralnego. Tam, gdzie pyka jak z fajki, dym z komina. Chodziłam tam wieczorem, między kamienicami. Po krzywych chodnikach. Nikt mi nie wsadził noża w plecy, całe szczęście. Nie każda brama wali szczynami, w dobrym domu w bramie pachnie ciepłem. Drewnem. Potem stałam w nocy na balkonie, paliłam papierosa i wdychałam ten cudowny swąd mroźnego powietrza, zmieszanego z dymem. Później musiałam stamtąd odejść, w dzielnicę z CO. W suche powietrze, gdzie czuć spaliny. Fajnie było.
Mam wielkie, wygodne łóżko. Najwygodniejszą na świecie piżamkę- roczną niewidoczną. Dużo spaceruję, staram się jeść. Regularnie. Nie piję więcej niż sześć kaw dziennie. Przed snem myślę tylko o przyjemnych rzeczach. To taki odruch wyrobiony przez lata stresującego trybu życia- na zawołanie potrafię zapomnieć o czym tylko chcę. Jedynie bolące serducho czasami mi przypomina, że mam kłopoty. Bo ono jakoś nie posiadło tego nawyku, kolejny dowód na to, że głowa swoje, a serce gdzie indziej. To może oznaczać tylko jedno- ZŁE CZI W POKOJU. Rano wstaję niewyspana, bez względu na to, czy spałam dziesięć, osiem, czy sześć godzin. Czy budzi mnie budzik, czy sama się budzę. Spróbuję przestawić łóżko, na początek. Bo jeśli się okaże, że złe czi śpi ze mną to lipa. Będzie musiał sypiać na kanapie.
B. go czuje wchodząc na klatkę schodową. Nie sam alkohol, tylko ten charakterystyczny zapach, który towarzyszy pijącemu. Taki trudno uchwytny aromat, trudno to nazwać. Ja go słyszę. Zawsze. To nie do ukrycia. Widać go. Nawet gdy ona się nie porusza. To ta atmosfera w domu. Ciężka i zła. Nawet, gdy nikogo w nim nie ma. To ubrania nie odwieszone do szafy, tylko wciśnięte, bo już nie wystarczyło siły, żeby pocelować uchem wieszaka na drążek. To lepki brud na kawałku powierzchni, która błyszczy jak psu jajca. Zamglone oczy nie dostrzegły pominiętego kawałka. To codziennie nowe zarysowania i wgniecenia na samochodzie. Zepsute produkty w lodówce obok świeżych. Przedmioty zniszczone irracjonalną złością. To wszystko parzy. Przeraża. Nie wiadomo, co z tym robić. Destrukcja postępująca z prędkością wielkiego kamienia, który się toczy z pagórka. Początkowo pomału, z czasem nabiera mocy. Można o tym rozmawiać, chociaż w sumie nikt na ten temat nie ma nic do powiedzenia. Taka rozmowa przypomina płacz zawodowej płaczki. Będzie coraz głośniej zawodzić, bo nic innego nie potrafi. Zawieszenie w próżni, brak skoordynowanego działania. Bo dobre rady można naprawdę o kant dupy potłuc. Wszystkie próby na marne. Zero reakcji. Wchodząc do sklepu widzę głównie ludzi kupujących alkohol. Tych, którzy robią to tajniakiem, albo tych którym się wydaje, że nikt nic nie wie. To niesamowite, jak daleko oni potrafią kupować te swoje butelki. Żeby znajomi nie widzieli, żeby ich nie znali w sklepie. Czasem rodzina nie pozwala im sprzedawać, czasem sprzedawcy odmawiają, bo są nietrzeźwi. Pilnują się, żeby stać prosto, żeby się ręce nie trzęsły. Czasem podają pieniądze obydwiema rękami. Mówią cicho, wtedy nie słychać, że bełkoczą. Czasem udają ból gardła. Jakie to przewidywalne! W maskowaniu się wykazują inwencję całkiem niezłą, do przejrzenia jednak. W końcu, jak długo można udawać trzeźwego? Nie ma na to lekarstwa, a może i jest? Podpierdolić na policję? Doprowadzić do konfrontacji z rzeczywistością, nie pozwolić sprzedać alkoholu, wysłać po dziecko do przedszkola ze świadomością, że nie wydadzą? Zaangażować opiekę społeczną? Doprowadzić do zabrania prawa jazdy? Podpierdolić w pracy? B. powiedział, jak masz jaja to weź i zrób. Ja nie mam sumienia. A każdy patrzy i widzi, że to tylko kwestia czasu, kiedy doprowadzi do tragedii. Zaczną się choroby alkoholowe, długów już nie będzie jak spłacać. Już nie wiem co gorsze. Robić czy nie robić? Stać i się patrzeć? Niektórzy mówią, żeby po prostu żyć własnym życiem i nie dać się wciągnąć. Bo to strata czasu. Jakoś to do mnie nie przemawia. Czas poświęcony drugiej osobie nigdy nie jest czasem straconym. Nie da się też od tego tak po prostu odciąć. To jakby odjechać z miejsca wypadku, zostawiając w zmiażdżonym samochodzie nie tylko sprawcę wypadku, ale też i innych poszkodowanych. Bez sensu. Co robić? C o r o b i ć ?
Religia, polityka i pieniądze. Religia. Wbrew pozorom, nie jestem bezbożnikiem całkowitym, ani ateistką tym bardziej. Aby coś zanegować, trzeba mieć o tym pojęcie. Uważam, że niejakie mam. Niejednokrotnie większe od osób praktykujących. Poza tym z zasady nie wierzę w Kościół. Pomimo to nie popieram zaprzeczania jego roli. Na przestrzeni wieków to właśnie wszelkie religie motywowały człowieka do największych osiągnięć kultury. Architektura i sztuka nie poszłyby do przodu, gdyby mecenatem nie objął ich właśnie Kościół. Nie zmienia to faktu, że wszechobecnych katolickich ultrasów uważam za takie samo zagrożenie jak islamskich terrorystów, bo w przypadku fanatyzmu, zaangażowanie w ideę od rozwiązań opartych na przemocy dzieli cienka i trudno uchwytna linia. W Białymstoku bardzo podobało mi się podejście ludzi do kwestii wiary. Do kościołów latają wszyscy, od żula, przez złodzieja, babcię, prawnika, na kibicach Jagielloni kończąc. I nikomu nie robi różnicy do którego, czy do kościoła, czy do cerkwii. Święta w mieście są dwa razy, z nowym rokiem włącznie i jakoś nie jest to nic specjalnego. Religia w szkołach i przedszkolach też jest do wyboru- prawosławna lub katolicka, podobno któraś szkoła wprowadziła też islam. Nic dziwnego, przecież białostockie uczelnie kształcą na masę ciapatych studentów. A ci z kolei biorą za żony piękne białostoczanki i produkują oryginalnej urody dzieci, które kształcą się w białostockich szkołach. W Lublinie panuje katolicki fanatyzm. Nie mam nic przeciwko temu, że religia jest w szkole, wisi mi czy państwo jest katolickie czy świeckie. Intryguje mnie jedynie niedostosowanie programu nauczania do jakichkolwiek standardów. Książka do pierwszej klasy jest wyraźnie dedykowana dzieciom czytająco-piszącym, gdy tę umiejętność programowo powinny osiągnąć pod koniec roku szkolnego. Niestety autor książki musiał chyba wydać jakąś ilość publikacji, aby uzyskać jakiś tam tytuł naukowy, w końcu KUL musi się rozwijać. A kuria z braku laku podręcznik zatwierdziła. Wkurwia mnie to na tej samej zasadzie co chore parytety- może i mam średniowieczne podejście, ale kryterium oceny powinny być PO PIERWSZE kompetencje. Dziecko moje przyniosło mi święte obrazki, żeby się z nim pomodlić. Obrazki które dostał w szkole, w celu modlenia się z rodzicami właśnie. Słabo mi się zrobiło, ale, pomyślałam, sprostam. No i przeczytałam dziecku modlitwę do świętego Michała Archanioła:
Wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Niech go Bóg pogromić raczy, pokornie o to prosimy. A Ty, Wodzu Zastępów Anielskich, mocą Bożą strąć do piekła szatana i złe duchy, które na zgubę dusz ludzkich krążą po tym świecie. Amen. W imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego Ojca, Syna i Ducha Świętego- uchodźcie złe duchy z nas, z tych miejsc, gdzie przebywamy, z tego miejsca, abyście nie widziały, nie słyszały, nie wprowadzały zamieszania do naszej pracy, naszych planów, naszego życia. Nasz Bóg jest waszym Panem i rozkazuje wam: idźcie precz i nie wracajcie tu więcej! Amen. Mocą Bożą, mocą Twoją, najwyższy Panie, uczyń nas niewidzialnymi i niesłyszalnymi dla naszych wrogów. Amen.
No szajse, dla sześcioletniego dziecka? Z całym szacunkiem, ale to przypomina jakiś shizofreniczny bełkot! Na szczęście moje dziecko chyba przytłoczone tekstem, pytań już nie zadawało. Wtedy to miałabym dopiero zgryz, aby dziecku tekst wytłumaczyć. Przystępnie i adekwatnie do jego wieku. Za moich czasów to dostawaliśmy obrazki ze świętą rodziną albo barankami. Coś tu chyba jest nie halo. I na pewno nie chodzi o krzyże na ścianach, czy religie w szkołach.
Zaczęłam czytywać w oryginale. Na razie jedyny język poza ojczystym znany mi na tyle, że umożliwia czytanie ze zrozumieniem treści. Pomysł się wziął z oszczędności, bowiem kryzys mamy wciąż, a ja to chyba w szczególności. W swojej skromnej biblioteczce znaczę książki, wpisując miesiąc i rok zakończenia czytania. Niektóre mają już po kilka takich wpisów. Zakładając, że średniotłustą książkę potrafię łyknąć w dobę, któż wyrobi na moje kulturalne potrzeby, wiadomo papier drogi, a VATy popodnosili. No i się wzięłam na sposób. Założenie jest proste. Kupuję angielskojęzyczne używki za grosze, poza tym jednak taki poliglota ze mnie jak z poloneza rajdówka, więc chcąc, nie chcąc, czytanie zajmuje mi więcej czasu. Pierwszą już łyknęłam, a była tak prostacka, że przeczytałam ją szybciej niż polską książkę. Aż mnie bolała prostota słowa pisanego. Za to druga wyjebała mnie na przeciwległy biegun. Tak bogate słownictwo, że powinnam ją czytać ze słownikiem robiąc przypisy. Ale tak ciekawa jestem dalszego ciągu, że pozwalam sobie pomijać piękno języka, zadowalając się pobieżnym przyswojeniem treści, z sobie samej złożoną obietnicą przeczytania tej książki raz jeszcze, ze słownikiem własnie. I niech no mi kto powie, że hobby nie rozwija! ENTER.